Euro – tak czy nie? PAFERE IDEE

Data publikacji maj 2007

Euro – tak czy nie? Polsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego IDEE

Przełom roku 2006 i 2007 przyniósł nam rządy nowego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Profesora Leszka Balcerowicza zastąpił Stanisław Skrzypek. Wraz jego wyborem nie tyle na nowo, bo wcześniej w ogóle nie było rzetelnej informacji o walucie europejskiej, wybuchła dyskusja nad przystąpieniem Polski do strefy euro.

Co bardziej proeuropejscy politycy złożyli deklaracje, że sprawa wymiany waluty na ogólnoeuropejską była już przesądzona w czasie przystąpienia do Wspólnoty Europejskiej. Nie można się z tym stwierdzeniem zgodzić, bowiem, po pierwsze, warunek przystąpienia do strefy euro nie był oficjalnie podnoszony przez stronę rządową w chwili akcesji do UE, a po drugie uczestnictwo w zjednoczonej Europie nie wymaga rezygnacji z narodowej waluty.

Należy wspomnieć, że Wielka Brytania nie wykazuje jak na razie chęci rezygnacji z funta szterlinga, a Duńczycy w dwukrotnym referendum odrzucili możliwość wstąpienia do strefy euro. Szwedzi również się na ten krok nie zdecydowali. Po pięciu latach posługiwania się w części Europy nowym pieniądzem, kraje, które wstrzymały się z tą decyzją nie odczuwają negatywnych skutków gospodarczych. Jak się okazuje decyzja ta nie ma wpływu na wyniki gospodarcze i na wysokość Produktu Krajowego Brutto (PKB). Od czasu do czasu zaś przebijają się strzępy informacji o opadnięciu euforii związanej z euro i coraz bardziej trzeźwego spojrzenia na wspólną walutę – entuzjazm przeciętnego Niemca, Włocha, czy Francuza nie jest już tak wyraźny. Faktem jest, że wspólna europejska waluta nie gwarantuje wzrostu dochodu narodowego państw nią operujących. Przyczyny wzrostu gospodarczego leżą całkiem gdzie indziej.

Nowy prezes NBP, pan Stanisław Skrzypek wyraża wątpliwości co do przystąpienia do strefy euro i proponuje rzetelną dyskusję na ten temat. Natomiast prof. Leszek Balcerowicz za czasów swojej prezesury wyraźnie i zdecydowanie opowiadał się za wprowadzeniem euro. Jest to o tyle dziwne, że konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej wyznacza Narodowemu Bankowi Polski dbanie o pozycję złotego. Profesor Balcerowicz swoje poglądy przekuwał w czyn i promował euro w materiałach informacyjnych banku, a w czasie kampanii „informacyjnej” o przystąpieniu Polski do Wspólnoty Europejskiej, nakładami NBP ukazywały się w telewizji filmy reklamowe promujące obcy środek płatniczy. Prezes Narodowego Banku Centralnego mający konstytucyjny obowiązek ochrony złotego, nie może angażować się w tego typu przedsięwzięcia.

Przypomnijmy jakie są kryteria narzucone przez traktat w Maastricht, aby można było przystąpić do euro:

  1. Zrównoważony budżet – deficyt budżetowy nie może przekroczyć 3 proc. PKB.
  2. Stabilne ceny – inflacja nie może prze-kroczyć 1,5 proc. średniej obliczonej dla trzech państw członkowskich UE, które w okresie ostatnich 12. miesięcy wykazały najniższą inflację (ok. 2,5 proc).
  3. Dług publiczny nie może przekroczyć 60 proc. PKB.

Ponadto, występują dodatkowe wymagania co do stabilności długoterminowych stóp procentowych oraz kursu walutowego.

ZRÓWNOWAŻONY BUDŻET I DEFICYT NIE PRZEKRACZAJĄCY 3 PROC. PKB

Jest to warunek słuszny, ale jak wskazuje praktyka, łamany przez członków wspólnoty, w tym największe państwa porozumienia europejskiego – Niemcy i Francję – bez znaczących konsekwencji. Po drugie, warunek ten, nie wiadomo z jakich powodów zakłada granicę 3 proc. Granica ta ustalona jest arbitralnie, a szeroka promocja tego postulatu nadaje mu charakter bezwzględny. Należy podkreślić, że każdy rząd mający na względzie dobro obywateli oraz dbający o zdrowe finanse publiczne powinien zrezygnować z jakiegokolwiek deficytu budżetowego. Deficyt ten obciąża bowiem ludzi niechcianym długiem i sprzyja rodzeniu się korupcji politycznej, niegospodarności oraz zwiększaniu błędnej i nieefektywnej alokacji środków pieniężnych. Rząd, aby pokryć zobowiązania emituje papiery dłużne, zwiększa podatki lub/i dodrukowuje pieniądze, czym wywołuje inflację. Powinno wprowadzić się konstytucyjny zakaz tworzenia deficytu budżetowego. Ludzie oraz przedsiębiorstwa mają przecież możliwość zadłużania się na swój własny rachunek i własne ryzyko. Państwo nie może w tym zastępować obywateli.

Jeżeli chodzi o dług publiczny, to należy systematycznie i konsekwentnie go niwelować i nie dopuszczać, zwłaszcza w okresie pokoju, do jego istnienia. Od każdego długu należy spłacać procenty. Spłata oprocentowania corocznie dodatkowo obciąża obywateli. Jedynymi zadowolonymi i czerpiącymi zyski z tego stanu rzeczy są kredytodawcy. Na istnieniu długu zatem się traci. Tak jak każda osoba dąży logicznie do pozbycia się długu, tak i rządy powinny czynić to samo. Analogicznie, tak jak w przypadku deficytu, zadłużanie się należy pozostawić osobom fizycznym i przedsiębiorstwom do ich decyzji.

STABILNE CENY

Stabilność cen na ogół rozumiana jest w UE jako stopniowa postępująca zwyżka cen odpowiadająca niskiemu, stabilnemu oraz permanentnemu poziomowi inflacji. Jest to wyraz interwencjonistycznego myślenia o gospodarce, wprost wynikającego z doktryny keynesizmu. Po pierwsze, zauważmy jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą utrzymywanie inflacji na niskim, ale stałym poziomie. Zasada „72″ wskazuje, że ceny podwajają się co 24 lata, gdy inflacja wynosi 3 proc. Jak widzimy, taki poziom wzrostu cen (3 proc. w skali roku) powoduje, że człowiek w czasie swojego dorosłego życia za towary płaci co najmniej 100 proc. więcej. To jest bezpośredni efekt działania inflacji, ale bardzo podstępny, bo cichy i powolny, choć konsekwentny. Przyjęto, że inflację wyraża się wskaźnikiem cen towarów i usług konsumenckich – CPI (Consumer Price Index). Należy zwrócić uwagę, że inflacja to nie jest wzrost cen – ten jest wynikiem inflacji (choć niekoniecznym jak wskazuje praktyka!). Inflacja to podaż pieniądza przewyższająca podaż towarów i usług. Podaż tę najlepiej pokazuje miernik M3. M3 to pieniądz gotówkowy w obiegu, depozyty i inne zobowiązania z terminem pierwotnym do 2 lat. Jak widzimy na poniższych wykresach, w obu przypadkach, zarówno NBP jak i Europejski Bank Centralny (ECB), zwiększają systematycznie podaż pieniądza. Podaż ta w strefie euro w 2006 roku w stosunku do 2005 roku wzrosła o 9,3 procenta, podczas gdy w Polsce wskaźnik len w analogicznym okresie wyniósł 15,7 procenta.

Z wykresu widać wyraźnie, że polityka kreacji pieniądza w Polsce w porównaniu do strefy euro rzeczywiście jest bardziej swobodna, mimo piastowania fotela prezesa NBP przez wiele lat przez tzw. „jastrzębia”. Widzimy również, że wskaźnik inflacji CPI nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji inflacyjnej*.

Zwiększająca się ilość pieniędzy bez pokrycia w usługach i towarach, zarówno w Polsce jak i w strefie euro, prowadzi do dewaluacji pieniądza oraz do błędnej alokacji kapitału. Co jakiś czas musi nastąpić samooczyszczenie się rynku, tj. branże, czy przedsiębiorstwa dysponujące uprzednio środkami na inwestycje, bez podstaw rynkowych, zmuszone będą do weryfikacji planów biznesowych. Skutkiem tego jest ograniczenie zatrudnienia, szukanie oszczędności i ograniczenie produkcji. Większa podaż pieniądza trafia także na rynki finansowe (lokowanie w różnego typu instrumenty finansowe), a także – na przykład poprzez różnego rodzaju kredyty konsumenckie – na rynek nieruchomości, co może tłumaczyć obecny boom i szybowanie cen za mieszkania.

W system finansowy Europy wpisany jest zatem cykl ożywienia i kryzysu gospodarczego. Uzdrowienie pieniądza, które musi nastąpić bez względu na to czy jest to polski złoty czy euro, jest koniecznym, choć nie jedynym remedium na ociężałość (w najlepszym wypadku) gospodarczą Europy.

Popatrzmy na przykład amerykański. Podobna polityka pieniężna prowadzona jest w USA. Jej wynikiem jest propozycja mennicy narodowej wprowadzenia prawa karania osób w wysokości 10.000 dolarów i do 10 lat pozbawienia wolności zajmujących się skupem (legalnym!) a następnie przetapianiem bilonu (miedzi i niklu, z których jest wykonany) na cele eksportowe. Sytuacja taka jest wynikiem emisji (bicia i druku) pieniądza bez pokrycia (psucia go). Dochodzi więc do sytuacji, gdy zdewaluowany pieniądz ma już tak małą wartość, że jego nominał nie jest w stanie przewyższyć wartości materiału, z której wykonana jest moneta. Dzieje się tak gdy podaż pieniądza, za którą odpowiada bank centralny, przewyższa wartość wyprodukowanych dóbr i usług w kraju oraz gdy wartość pieniądza ustalana jest arbitralnie. Identyczne narzędzia polityki pieniężnej wykorzystywane są przez EBC i NBP. Efekt będzie zatem ten sam – słaba waluta oraz chroniczne problemy gospodarcze, tj. słaby rozwój gospodarczy i obciążanie obywateli błędną polityką monetarną.

Polska jest w o tyle wygodnej sytuacji, że buduje wiedzę ekonomiczną i polityczną w oparciu o doświadczenie innych państw europejskich. Jak na razie, przy obecnym modelu działania Wspólnoty Europejskiej nie istnieją pozytywne przesłanki do wprowadzenia euro. Miejmy nadzieję, że krótkowzroczne cele polityczne nie ograniczą możliwości polskich obywateli w wyborze waluty, którą chcą się rozliczać i pozostawią ten wybór im samym. Wydaje się, żc w obecnej sytuacji o wiele lepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki byłoby ponowne zniesienie większości koncesji na działalność gospodarczą, obniżenie podatków i wprowadzenie zakazu deficytu budżetowego, aniżeli zastąpienie na siłę polskiego złotego walutą euro.

Jacek Matulewicz

Temat zasadności budowania i stosowania wskaźnika CPI omówiony jest szerzej w artykule „Inflacja do poprawki”, który można znaleźć na stronie Fundacji PAFERE: www.pafere.org

Biuletyn Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego / Maj 2007